Norwegia

Besseggen

 

14.08.2015

Besseggen był kolejnym punkiem z mojej listy. Bardzo zależało mi żeby tam pójść ale przerażały  mnie kilometry, które trzeba było pokonać i oczywiście wysokości. Nie było większego problemu z wybraniem się tam ponieważ mieszkając w Norwegii mamy wszystkie te widoki w zasięgu ręki.

Z Oslo mamy do przejechania kawałek, a że my mieszamy jeszcze kawałek za Oslo to wyjeżdżamy w miarę wcześnie. Namiot, śpiwory i kilka konserw zapakowane, pogoda piękna no to w drogę.

Droga do Besseggen prowadzi przez piękny Narodowy Park Jotunheimen, który znajduje się w środkowej Norwegii i zajmuje 3500 kilometrów kwadratowych. Są to jednocześnie największe góry Norwegii, a dwa największe szczyty to Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.) i Glittertind (2452 m n.p.m.) i są rownie popularne jak Besseggen.

W słoneczna pogodę jest ogromną przyjemnością jechać przez Jotunheimen. Nawet nie ma potrzeby wspinania się na szczyty ponieważ cały park robi ogromne wrażenie. Jadąc drogą Valdresflye ( nr. 51) zaczynając na południu od miejscowości Beitostølen droga wspina się na wysoki płaskowyż i mijając szczyt Bitihorn prowadzi między jeziorami Vinstri i Bygdin. Na płaskowyżu możemy również spotkać stada reniferów oraz  łosi.

 

Jesteśmy już na miejscu, a dokładnie w Gjendesheim Turishytte w miejscu, w którym kolejnego dnia będziemy startować.

Od Gjendesheim droga zaczyna powoli opadać doliną Sjodalen, aż dochodzi do Vågå. Na tym odcinku mija się wiele tradycyjnych gospodarstw, z drewnianymi domami malowane wyjątkowo w tej okolicy na brązowo, a nie na czerwono, porośnięte również na dachach trawą. Jest to świetny widoki taki bardzo mało spotykany. Jak mało spotykany jest również widok owieczek na dachach i skubiący trawę.  Wiele z nich liczy sobie ponad 100 lat i stanowią żywy przykład norweskiej sztuki ludowej.

My dojeżdżamy w godzinach wieczornych do naszego pola namiotowego. Przy drodze nr. 51 jest  pole campingowe, kilka domków noclegowych, restauracja, recepcja, prysznice i toalety, a nawet pomieszczenie gospodarcze, w którym są kuchenki stół i kontakty do naładowania telefonów jak ktoś jest pod namiotem. Miejsce to Besseggen Fjellpark przy pięknej rzece Øver Sjodalsvatnet bardzo przyjemna miejscówka. Nasz apartament już gotowy w pięknych okolicznościach przyrody.

 

15.08.2015

Godz 5.00 pobudka bo o 6.00 wypływa prom do Memurubu  skąd będziemy starować i iść w stronę Gjendeshejmen. Noc była przeraźliwie zimna, temperatura spadła do 0 stopni. Myślałam, że się wykończę. Słabo przygotowałam nas na ta wyprawę.

trasa promu, który dowozi na miejsce, a u góry widok na drogę

Besseggen jest chyba najpopularniejszym szlakiem zaraz po Preikestolen. Ten najpiękniejszy szlak wiedzie również przez wąski przesmyk miedzy dwoma jeziorami Gjende i Bessvatnet. Niesamowite jest to, że te dwa jeziora dzieli różnica wysokości 391m . Żadne zdjęcie tego nie odda jak widok w realu.

Po około 15-20  minutach dopływamy do Memurubu i ruszamy  za ludźmi. Już na samym starcie jest kilka oznaczeń i każdy idzie w swoja stronę. O dziwo w tym miejscu jest wszystko fajnie oznaczone.

 

Pierwsze podejście nie należy do łatwych. Jest dość strome i kamieniste. Trzeba bardzo uważać. Cały szlak przewidziany jest na 8 godz. Można powiedzieć dobry cały dzień. Pogoda tego dnia miała być zupełnie inna i w nocy i w ciągu dnia. W tym miejscu trzeba mieć się na baczności i nie ma co ufać pogodzie.

Szlak można zacząć w Gjendesheim (984 m) nad jeziorem Gjende i stromo w górę wiedzie poprzez najwyższy punkt na trasie czyli górę Veslefjell (1743 m), następnie już w dół poprzez Besseggen (1374 m) do Memurubu. Nasza łódka była mocno zatłoczona i wiele osób startowało właśnie z Memurubu. Nie musieliśmy się spieszyć, żeby zdążyć na prom, kóry mialby nas zawieźć do Gjendesheim. Myśle że to jest dużo fajniejsze rozwiązanie, jeśli się chce zobaczyć więcej.

W oddali kolejne jeziorko do którego można iść to Russvatnet. W Norwegii jest o tyle dobrze że każdy może iść gdzie chce i w którą stronę chce. Raczej nie ma zakazów wstępu i wymogu chodzenia po wyznaczonych szlakach. W niektórych miejscach są oczywiście oznaczone ale nie wszędzie.

Pogoda dała nam popalić. Momentami było bardzo zimno i wiał mroźny wiatr i  brakowało tylko żeby spadł śnieg. Mimo iż zimno to pić się chce, a zapasy prowiant trzeba oszczędzać. Do końca  jeszcze kawał drogi.  Woda w takich miejscach jest zdatna do picia i można śmiało korzystać z darów natury.

Mimo iż szlak jest bardzo popularny na całej trasie spotyka się bardzo mało ludzi. Zdjęcie po niżej myślałam, że to już tu bo tak pięknie i podobnie wyglądało ale to była dopiero połowa drogi, a te oczko po prawej to tylko duża kałuża…no to co, idziemy dalej…

A tu waśnie przed nami wyrasta najgorszy odcinek szlaku i właśnie z tego miejsca rozciąga się piękna panorama Besseggen. Pomiędzy tymi dwoma górami na środku  tego wąskiego przesmyku,  mała przerwa na kanapkę, kawę no i coż… czas się wdrapywać…

Było mało komfortowo, zimno, wietrznie  bałam się że spadnę tak wiało. Miałam momenty zwątpienia, że naprawdę mnie zdmuchnie. Tym razem mąż szedł za mną, w razie gdybym straciła równowagę. Najgorsze jest to, że nie ma w tym miejscu nie ma żadnych łańcuchów, ani lin żeby się czegoś przytrzymać. Kamienie są wyślizgane. Czarne chmury krążyły nam nad głowami i tylko patrzyliśmy kiedy zacznie padać. Ludzi było dość sporo jedni szli od parkingu w stronę Memurubu inni tak jam my. Wiek tu nie miał znaczenia. Byli i duzi i mali, a nawet starsi za co ich mocno podziwiałam.

Trzeba iść samym środkiem, prawa i lewa strona nie są bezpieczne. Tym co wybrali odwrotny kierunek, naprawdę nie zazdrościłam bo schodzić jest zawsze gorzej, a tam naprawdę było stromo. Co kawałek odpoczywaliśmy bo górka naprawdę wykańcza.

I oto jest nasz wymarzony Besseggen… błękitna woda z lodowca i szmaragdowa zwykła deszczówka. Pogoda  jak na zawołanie zmieniła się. Mogliśmy podziwiać nasze wymarzone miejsce.

Teraz czas dla nas na odpoczynek i pstrykanie, bo następnym razem to nie wiem kiedy tu przyjdę o ile w ogóle jeszcze przyjdę. Będąc  tam na górze i odpoczywając obserwowałam ludzi którzy tam szli i wracali. Widziałam to zmęczenie na ich twarzach a zarazem radość, że doszli taki kawał. Byli tacy co bigli po tych kamieniach, ale większość to Ci co walczyli jednocześnie ze swoimi słabościami. Nie każdy nadaje się na takie wyprawy, a wielu by chciało.

Surowy krajobraz, wręcz księżycowy, który  towarzyszył nam w drodze powrotnej był nieziemsko piękny. Każdy kawałek był cenny tej męczarni. I dzięki takim chwilom chce się więcej i więcej…

Pogoda do końca  była dla nas łaskawa i w tym momencie nie można było chcieć nic więcej. Chyba tylko jednego żeby nogi tak mocno nie bolały.

A to najwyższy szczyt  na trasie Veslefjell (1743 m) i piękny widok z niego.

 

Z tergo miejsca do parkingu jest jeszcze połowę drogi.Tym razem ciągle w dół.  Także śmiało mogę polecić szlak od Memurubu, jest ciężko ale pięknie.

Ostatnie metry i ostatnie widoki.

 

Parking jak widać zatłoczony, ludzi bardzo dużo, a pogoda cudowna. 24 stopnie to rozpusta . W tym miejscu można trafić stado reniferów. Nam się niestety tym razem nie udało, ale może ktoś z was będzie miał to szczęście.  Nasza wędrówka trwała tylko 6 godzin i to ze sporym postojem u góry.

 

PRAKRTCZNE INFORMACJE:

  • CENA BILETU  ZA PROM Gjendesheim – Memurubu – 160 koron norweskich z osobę dorosła, 80 koron za dziecko za prom. Dzieci poniżej pięciu lat gratis. Kursują dwa promy dziennie
  • BAGAŻ –  60 koron ( chodzi tu o duży plecak ze stelażem, ewentualnie namiot plus karimaty)
  • PIES – 30 koron
  • ROWER –50 koron
  • KAJAK – 160  koron
  • NOCLEGI – można na dziko w namiocie lub na stronie overnatting.no
  • PARKING SAMOCHODOWY –120 koron za dzień

O MNIE… Raz nienormalna.. ..zawsze realna.. ..mało kiedy idealna.. ..zawsze szalona i zakręcona :))) Nazywam się Ania. Mam 40 lat i jestem mamą dwójki uroczych dzieciaków i żoną super faceta. Uwielbiamy podróżować, fotografować, poczytać i dobrze zjeść, a przy tym cieszyć się wspólnie spędzona chwilą. Od kilkunastu lat mieszkamy w Norwegii i to właśnie o Norwegii najwięcej będzie w moim pamiętniku. Nasza przygoda z Norwegią, zwiedzaniem i podróżami zaczęła się w 2010 roku, kiedy to pewnego kwietniowego weekendu trafiliśmy nad fiordy, które jadły nam z ręki :)))) I wtedy zakochaliśmy się w Norwegii. Ale o tym po kolei…