Włochy

Dolomity

 

28.09.2016

Dolomity od dawna były moim marzeniem. Aż w końcu przyszedł czas, że udało się nam tam wybrać. Lot Oslo-Ryge do Mediolan-Bergamo. 2,5 godz i na miejscu, a potem jeszcze 3,5 do miejscowości Predazzo.

Lądujemy dość późno to i późno będziemy w pensjonacie. Drogę do Sirmione znamy bo już kilka razy we Włoszech i tych okolicach byliśmy. Od Sirmione do Predazzo też autostrada to jedziemy szybko ale jak to my i nasza nawigacja zabłądziliśmy 30 km przed celem. Nie wiem jakim cudem zjechaliśmy gdzieś wysoko, tam gdzie stromo i ledwo jedno auto przejedzie, a tu już po 23.30 i szukaj wiatru w polu. Nie wiem naprawdę gdzie my wjechaliśmy. Miasteczko nawet w nocy pięknie wyglądało. Fotek nie mam z tego miejsca, bo to i noc i stres gdzie nas poprowadziła ta nawigacja. No ale co… jedziemy dalej… Po kilku minutach jesteśmy znowu na autostradzie albo raczej drodze szybkiego ruchu.  W pensjonacie byliśmy chwile po 24.00.

29.09.2016

Po śniadaniu wyruszamy na polowanie tych upragnionych widoków. Pogoda ma być ładna na ten dzień to ruszamy żeby jak najwiecej zobaczyć, a że w Dolomitach jesteśmy pierwszy raz to nie wiemy co nas jeszcze czeka. Mapa w ręku, tona różnych informacji, nawigacja odpalona i w drogę. Z Predazzo w kierunku Moena, Canazei, a potem zobaczymy co dalej. Dojeżdżamy do Moena i już oczy mi się otwierają i jestem w szoku co widzimy. Mój mąż, który nie bardzo miał na Dolomity ochotę to mało w bandę nie wjechał jak zobaczył to piękno. Ktoś mi kiedyś powiedział po co jedziesz w Dolomity jak Norwegia taka piękna. To fakt niezaprzeczalny ale w Dolomitach jest pięknie inaczej.

To już Moena ( 1184 m n.p.m ) jedno z najładniejszych i najważniejszych miasteczek doliny, z którego nazwą wiąże się wiele legend. Moena znajduje się w samym centrum ogromnego terenu narciarskiego.

Mieć taką pogodę w takim miejscu to szczęście ogromne. Już tu można stać i nie ruszać się dalej.

Jadąc w Dolomity nie wiedziałam gdzie jechać, co wybrać i co będziemy mogli tam zobaczyć. Pierwszy raz zawsze trudny. Zatrzymując się w Moena juz wiedziałam, że dobrego wyboru dokonałam. Z Moena kierujemy się dalej w kierunku Canazei, kolejnego uroczego miasteczka. Wcześniej takie widoki to tylko w tv widziałam ale na własne oczy to zupełnie co innego.

Val di Fassa to jeden z najbardziej malowniczych regionów w Dolomitach. Wysokie góry, malownicze miasteczka do tego słonce i ciepło przyprawiają o zawrót głowy. Val di Fassa to także atrakcyjny i ogromny region narciarski, do którego każdego roku przejeżdża masę turystów. W okresie zimowym mnóstwo tras narciarskich, a od wiosny do jesieni ogrom tras wspinaczkowych, rowerowych, spacerowych, a dla bardziej leniwych kolejek linowych .

W drodze do Canazei w pewnym momencie widzimy nad naszymi głowami kolejkę linową. Szybka reakcja i zjeżdżamy na parking. Parkujemy, biegiem do kasy i na górę. Nawet nie pamiętam co to za miejscowość ale chyba Vigo di Fassa albo Pozza di Fassa, nie da się jej nie zauważyć.

Będąc już na szczycie myślałam, że oszaleje z radości to gdzie przyleciałam, przyjechałam i wjechałam. Norwegia piękna ale Dolomity cudowne. Te szczyty to Sassolungo, a przełęcz Passo Sella. I właśnie latem w tym miejscu jest najwięcej turystów. My wybraliśmy czas właśnie już po za sezonem, a ludzi i tak było sporo.

Masyw Sassolungo (3181) jego nazwa we wszystkich językach oznacza Długa Góra, mieści się pomiędzy dolinami Val Gardena i Val di Fassa. Jest to najmniejszych masywów ale chyba najpiękniejszy i zdecydowanie najładniej prezentuje się z południowo-wschodniej strony.

Wrzesień jak dla mnie jest najpiękniejszym miesiącem, pięknie maluje drzewa, trawy. A w takich miejscach to właśnie widać. Pospacerowaliśmy tam gdzie się dało. Nie mogliśmy zostać tu  dłużej na ten dzień przewidzianych miałam jeszcze trochę zwiedzania.

W dole miasteczko Campitello di Fassa, również bardzo urokliwe, zamieszkiwane przez 732 osoby. Byliśmy troszkę zdziwieni, że pod koniec września większość restauracji jest zamknięta, a te co są otwarte to mają tylko w sprzedaży pizzę. Nawet makaronów nie było. Jedna tylko restauracja w Predazzo funkcjonowała normalnie i mieli to co w karcie było.

W oddali na zdjęciu po wyżej widok na Psso Pordoli, a na zdjęciu po niżej królowa Dolomitów Marmolada.

Sassolungo mieści się w zachodniej części Dolomitów, a jego najbliższą sąsiadką jest Passo Sella.

Z góry wszystko wydaje się takie malutkie, a zarazem tak niesamowite.

Ostatnie spojrzenie na Sassolungo.

Naładowani widokami, powietrzem, słońcem i temperaturą idziemy na kawkę. Turystów wielu każdy cieszy się tym co widzi i miło spędza czas rozkoszując się chwilą.

Po naszym relaksie przy kawie wracamy do auta, a następnie ruszamy w stronę Passo Pordoi kolejnego pięknego miejsca. Dojeżdżamy tam od strony Canazei, droga mocno kręta ale widoki nie zapomniane. Dla mocno wrażliwych polecam zaopatrzyć się w aviomarin albo lokomotyw bo żołądek szaleje.

Dojeżdżając na miejsce od razu ukazuje nam się piękna panorama Passo Pordoi. Kolejne miejsce, na którego widok wzdychamy. Od razu cieszymy, się że jest tam kolejka i bo żeby tam  wejść to potrzeba chyba cały dzień. I znowu biegiem go kasy i kolejne 40 euro na bilety. Jeszcze kilka takich wjazdów i chyba na zmywak trzeba będzie iść do jakiejś  pizzerii. Kolejki wwożą turystów bardzo często dobrze, że z tym nie ma problemu i nie trzeba czekać.

Z kolejki widzimy ludzi którym chyba życie nie miłe bo tam strasznie stromo i raczej niebezpiecznie było. Sama góra jest na 2950 m. n.p.m.

Wysiadając z kolejki mówię do męża, że te widoki warte były tych pieniędzy. Jest lepiej niż w bajce. Z wierzchołka Sass de Pordoi można udać się na wycieczkę na Piz Boe 3152m .My rozwijamy nasze skrzydła i lecimy trochę w prawo trochę w lewo. 

W tym miejscu jak na księżycu jest. Zupełnie inne miejsce niż poprzednie. Tu już było chłodniej, bardzo surowo. Niech żałują ci którzy byli na dole, a nie wjechali na górę.

Na północno-wschodniej stronie widzimy coś daleko, okazuje się że to kolejna kolejka, którą można dostać się w okolice szczytu Piz Boe i schronisko. Zazdroszczę tym, którzy zdobywają te wszystkie możliwe szczyty. Trzeba mieć ogromną wiedzę i umiejętności. My jeszcze tego nie robimy, ale wszystko przed nami…

Z prawej strony idziemy na lewą i dalej podziwiamy.

Te góry wyglądają niesamowicie, jak wulkany. Każda z nich jest inna i ma coś szczególnego w  sobie.

Na zdjęciu u góry strony widzimy również w oddali Passo Sella i Sassolungo.

A tu mamy widok na Marmoladę i kolejne atrakcyjne szlaki, po których można chodzić godzinami i cieszyć się pięknymi widokami.

W drodze do kolejki imponujące włoskie widoki, kręte drogi, wysokie góry, zielone łąki, stacje z wyciągami.  To coś co na długo zostanie w mojej pamięci. Zmęczeni i głodni kierujemy się w stronę miasteczka w poszukiwaniu pizzy i kawy. Pogoda jest niesamowita jak na koniec września. Na kolejne dni już takiej nie zapowiadają…

Na skrzyżowaniu szybka myśl i zmiana planów. Na samą myśl o paskudnej pogodzie przestałam być głodna, no i moi musieli zadowolić się kabanosami i paluszkami.  Zamiast na obiad to jeszcze raz na Passo Sella ale z drugiej strony, a dokładnie na północną stronę. Słońce mamy już z innej strony, a ja mam w dalszy ciągu niedosyt pstrykania.

 

I jak tu nie kochać jesieni…Nie chciało nam się wracać, ani jechać gdzieś dalej…

Jeszcze kilka fotek i zdecydowanie czas na pizze.

Jadąc w stronę miasteczka też ładnie…widok na Passo Pordoi…

Na nasz obiad wybieramy miasteczko Canazei, jest chyba najbardziej turystycznym miateczkiem w okolicy. Mają tam liczne wyciągi narciarskie oraz stacje narciarską. Restauracja na restauracji, bary i kawiarnie.

Latem musi tam być mnóstwo ludzi i bardzo ciasno przy tym na ulicach i restauracjach.

Miasteczko jest bardzo kolorowe, większość domów, sklepów i hoteli jest pomalowane w różne wzory, kwiaty i postacie. W większości budynków na ich oknach wiszą kwiaty, jest tam bardzo kolorowo.

Nasze popołudnie postanowiliśmy zakończyć wycieczką na Marmoladę. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się wjechać na królową Dolomitów. Niestety była zamknięta. Zostało nam tylko podziwianie widoków…

 

30.09.2016

Kolejny dzień i kolejne plany. Na ten dzień miałam w panach wycieczkę na Passo Giau. Gdzieś kiedyś zobaczyłam zdjęcia z tego miejsca, no i cóż musiałam tam być… Rano śniadanie, potem zaopatrzenie w sklepie bo pensjonat, w którym mieszkamy coś marnie nas karmi. No i ruszamy. Pogoda z rana nas nie rozpieszcza. My się nie poddajemy i jedziemy.

Nawigacja pokazuje 1,5 godz tylko po tych krętych drogach to będzie znacznie dłużej, nie wspomnę o widokach, na które będę polować.

Krowy też całkiem fajnie pozowały to czemu nie…

 

Zostawiamy dolinę  Val di Fassa i ruszamy w stronę Passo Giau. Do przełęczy można dojechać kilkoma drogami, my wybieramy tą niby mniej krętą od zachodniej strona, a będziemy wracać przez Cortinę d’Ampezzo. Już się cieszę, że tędy jedziemy bo widoki nas rozpieszczają.

Do Passo Giau mamy nie całe 70 km, a jedziemy i jedziemy i końca nie widać. Mijamy po drodze w dolinach i nie tylko urocze wioseczki oblepione kwiatami.

W końcu dojeżdżamy do widoku, na który czekałam.

Wrażenie jest piorunujące. Siedzimy w aucie i stękamy jak tu jest pięknie i zastanawiamy się gdzie ładniej czy Passo Sella, czy Passo Pordoi czy Passo Giau…

Parkujemy na wschód od informacji turystycznej i znowu i jestem szczęśliwa, że te chmury wiszą nad naszymi głowami bo tylko uroku dodają temu miejscu.

Passo Giau ( 2236m.n.p.m) jest bardzo wysokim pasmem górskim. U podnóża znajduje się wiele rozległych pastwisk górskich. Z Passo Giau rozlegają się  widoki na Marmoladę, Pelmo, Selle i wiele innych.Przełęcz ta łączy Cortinę d’Ampezzo z dolinami Val Cordevole i Val Zoldana przez przełęcz Forcella Staulanza. W obydwie strony jest bardzo stromy zjazd drogą, dość wąską i krętą ale bezpieczną. Ten najładniejszy wierzchołek to Ra Gusela. Jest tak piękny, że jest ozdobą  wielu książek, przewodników i kalendarzy.

Po zaparkowaniu auta udajemy się na spacer piękna  kamienną drogą, zobaczymy gdzie dojdziemy i czy nas deszcz nie zawróci do auta.

Idzie się całkiem przyjemnie.

Kilka fotek na drogę dolomicką, która z tej perspektywy wygląda niesamowicie. Myślę, że zwolennicy motocykli maja tu super zabawę. Tego dnia akurat był jakiś zlot szybkich  samochodów to ci chłopcy mieli tam raj na ziemi, a my niezłe widowisko.

Piękna droga już za nami, teraz musimy przedzierać się po kamieniach, a dalej wąziutką ścieżynką. Jeszcze kawalątek i mam swój kolejny upragniony widok.

I oto mój kolejny wymarzony widok. Biegliśmy szybko byle tylko chmury nie zasłoniły tego co chciałam zobaczyć. Było tak ciepło tego dnia i w tym miejscu, że zmieniliśmy nasze plany i zostaliśmy na cały dzień na Passo Giau.

Po małej przerwie i odpoczynku mój mąż wpadł na pomysł żeby iść tą ścieżką do góry. Trochę powiem szczerze ten pomysł mnie przeraził ale potem pomyślałam czemu nie…no i poszliśmy… A wymyślił to sobie bo u góry dojrzał schronisko i powiedział, że idziemy sprawdzić co tam jest.

Byłam pewna, że będziemy szli pół dnia, a zajęło nam to tylko 1,5 godz i to z robieniem zdjęć.

Idzie się naprawdę szybko mimo tego, że dróżka jest wąziutka, chwilami mało bezpieczna.  Na tych kamieniach można całkiem fajnie zjechać. Widoki wynagradzają nam wszystkie niedogodności.

Na tle tych kolosów ten mały budyneczek wygląda jak kropla w morzu to budynek schroniska Nuvolau. Wdrapujemy się co raz wyżej i jest już co raz ciężej. Idę tam z nadzieja że kawa już tam na mnie czeka.

Ostatni odcinek mniej wygodny. Same kamienie, pod górę i po kamieniach. Z boku oczywiście jest wyciąg kanapowy ale latem chyba nie czynny, a szkoda bo nogi już odmawiają posłuszeństwa. Ale wierze, że za pare minut kawa wynagrodzi te trudy.

No i doszliśmy i Bogu dziękowałam, że kawa była i nawet ciasteczko. Po odpoczynku poszliśmy popatrzeć na okolicę. Za plecami Averau-Novolau ukazuje się nam Cinque Torri grupa skał, a najwyższy jej szczyt to Torre Grande o wysokości 2361 m. Szkoda, że nie idziemy niżej ale to tylko dlatego, że pogoda szybko się zmienia i obawiamy, się że będzie ciężko z powrotem. Następnym razem nie odpuszczę tego miejsca o ile oczywiście pogoda dopisze.

Zdjęcie po wyżej to jedyne, które udało mi się zrobić jeszcze zanim napadły nas chmury.

Zrobiło się chłodno i wiało też mocno. Chmury nadciągnęły jeszcze większe czyli czas wracać. Chwilami byłam pewna, że drogi nie będzie widać ale nie było ta zle.

Trochę niżej całkiem przyjemnie jest. Mniej wieje i nawet słonko świecie.

Stąd już niestety nie widać Averau. Chmury wszystko zasłoniły. Kolejny dzień i kolejne miejsce zaliczone. Cieszę, się że zostaliśmy tu dłużej i byliśmy na górze, następny dzień już nie był taki jak ten w tym miejscu, bo lało.

Chmury nadciągają, trzeba uciekać.

I ostatnie spjrzenia na Ra Gusela.

Na drogę powrotną wybraliśmy drugą stronę wschodnią przez Cortinę d’Ampezzo. Cortina d’Ampezzo to kolejny z wielki i najsłynniejszy z  kurortów narciarskich we Włoszech. Nakręcono tam kilka scen do odcinków Jamesa Bonda.

Dojeżdżamy do Cortina d’Ampezzo mocno krętymi, stromymi drogami. Mój mąż mówi, że w życiu jeszcze tak się nie nakręcił kierownicą ja przez te dwa dni, jeździ samochodem od osiemnastego roku życia. W Norwegii jest trochę krętych dróg, ale Włochy, a w szczególności Dolomity są chyba  rekordzistami. I znowu parkujemy i biegniemy do kolejki i niestety nie będzie wjazdu tego dnia na górę. Właśnie ostatnia kolejka wjechała. Może i dobrze bo i tak nic nie widać, mgła też i tu zaatakowała góry. Czas wracać do hotelu i zbierać siły na kolejny dzień.

01.10.2016

Kolejny dzień przywitał nas niestety chmurami. Deszcz według prognozy pogody przesuwa się ale nie jest powiedziane, że nie zacznie padać. Po śniadaniu wyruszamy po raz kolejny w okolice Passo Prdoi, tylko że tym razem na drugą stronę w poszukiwaniu świstaków.

Mieliśmy jechać na Cortina d’Ampezzo i wjechać kolejką ale chmury i zmiana pogody zmieniła nasze plany.

Tego dnia było zimno i wietrznie. Jak na Włochy to powiem bardzo zimno. Tego dnia wybraliśmy spacer po Viel Dal Pan taki sobie szlak po górach w stronę Marmolady.

Tu jeszcze Sass Pordoi…

Droga na początku kamienna i trzeba uważać gdzie stąpać. I tu słyszymy pierwsze dziwne krzyki, piski, nasłuchujemy i okazuje, się że daleko w trawie rusza się coś, a te coś to świstak. Jest zdecydowanie za daleko żeby zrobić mu zdjęcie. W takim razie idziemy dalej.

Co kawałek stajemy i podziwiamy, nasłuchujemy. Słońce przebija się przez ciężkie chmury co daje jeszcze większy urok temu miejscu.

Idziemy dalej, mijamy po drodze turystów, albo miejscowych na spacerze. To sobota to sporo ludzi sobie tędy przechadza i nie przeszkadza im wiatrzysko, które jest bardzo dokuczliwe.

 

 

W oddali stacje narciarskie, wyciągi, orczyki. Tu zimą musi być niesamowicie ciekawie. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie od małego do dużego.

A przed nami pod chmurami już Marmolada. Jeszcze chmury ja przykrywają ale gdzie nie gdzie już widać królową.

A my idziemy dalej i po raz kolejny słyszymy świstaki, a teraz nawet je widzimy. Mają taki sam kolor jak ta trawa i bardzo ciężko je namierzyć. Mój maż biega z aparatem za nimi ale nie chcą pozować.

Każdy kawałek tego miejsca jest piękny. Cykam co pare metrów bo chce mieć jak najwięcej wspomnień.

Wieje co raz mocniej i zaraz będziemy wracać, trochę nam już zimno. Nie doszliśmy do jeziora Fedaia, może następnym razem przejdziemy cała ścieżkę.  Teraz jedziemy na Cortinę d’Ampezzo może uda nam się wjechać kolejka na górę.

Przepiękna jest jesień w Dolomitach. Kolory cudowne. Żegnamy się z Passo Pordoi i jedziemy dalej.

Do Cortina d’Ampezzo kierujemy się droga SR48 praktycznie do samego końca. Jest to strasznie kręta droga, a zarazem bardzo malownicza. Ja to oprócz śniadań i kolacji nic nie jadłam w ciągu dnia i cały czas na tabletkach od podróży, bo nic by z tej wycieczki nie było. Wioski na tle gór wyglądają przepięknie.

Dojeżdżamy pod naszą kolejkę no i lecimy po bilety. Myślałam, że będzie lepiej ale niestety chmur cała masa.

Gdzie nie gdzie widać błękit nieba i słonko ale chyba tam wysoko to już tam nie będzie. Wjeżdzając tą kolejka pierwszy raz obleciał mnie strach. Sama nie wiem  czemu… Jakoś za wysoko mi było, albo te chmury mnie tak przeraziły.

Wjechaliśmy na wysokość 2752 m n.p.m. i jest tu niesamowicie pięknie. O ile miałam dobre informacje szczyt nazywa się Tofana Di Rozes. Nie zdążyłam się zorientować na miejscu.   Widoki podobne do Sass Pordoi ale chyba większe góry.

Zimno okropnie, wieje jeszcze gorzej. Mgła nasila się z każda minutą. Szybko robimy zdjęcia i uciekamy do kolejki bo za pare minut nic nie będzie widać.

A wydaje się zupełnie inaczej. Zapewne z punktu widokowego jest imponująca panorama, ale o tym mogę się dowiedzieć tylko jak tu przylecę następnym razem.

I już po zdjęciach. Nic tylko mleko dookoła nas. I po omacku idziemy, ja zaczynam trochę panikować  bo nie mogę znaleźć drogi. Po paru minutach słyszę głosy i widzę drogę to już trochę lżej.

A na dole świeciło i całkiem ciepło było…

Minute wcześniej nawet tych ln nie było widać, tak nas zaatakowała mgła. To chyba najgorsze co może być w górach. Także nie nacieszyliśmy się widokami bo na takie anomalia wpływu nie mamy. Wracamy do hotelu mimo wszystko szczęśliwi bo w brew pozorom dużo widzieliśmy i wiemy co można zobaczyć następnym razem. Niedziela upłynęła nam na siedzeniu w hotelu ponieważ lało od samego rana, a w poniedziałek wylot do domu. Cztery dni w Dolomitach spędziliśmy cudownie, to był taki przedsmak tego co można tu zobaczyć i zrobić jak się będzie dłużej niż tylko cztery dni. W przyszłym roku kolejna wycieczka i kolejne widoki.

 

 

 

O MNIE… Raz nienormalna.. ..zawsze realna.. ..mało kiedy idealna.. ..zawsze szalona i zakręcona :))) Nazywam się Ania. Mam 40 lat i jestem mamą dwójki uroczych dzieciaków i żoną super faceta. Uwielbiamy podróżować, fotografować, poczytać i dobrze zjeść, a przy tym cieszyć się wspólnie spędzona chwilą. Od kilkunastu lat mieszkamy w Norwegii i to właśnie o Norwegii najwięcej będzie w moim pamiętniku. Nasza przygoda z Norwegią, zwiedzaniem i podróżami zaczęła się w 2010 roku, kiedy to pewnego kwietniowego weekendu trafiliśmy nad fiordy, które jadły nam z ręki :)))) I wtedy zakochaliśmy się w Norwegii. Ale o tym po kolei…